Danse Macabre
Duchy, wiedźmy, czarty, upiry i morderstwa, mniej lub bardziej tajemnicze.
Archiwum
Grudzień 2006
Styczeń 2007
Luty 2007
Marzec 2007
Maj 2007
Październik 2007
Luty 2008
Maj 2008
Czerwiec 2008
Sierpień 2008
Luty 2010
Lipiec 2010
Ostatnie wpisy
  • Tragedia w Mayerling, cz. 4
  • Tragedia w Mayerling, cz.3
  • Tragedia w Mayerling, cz.2
  • Tragedia w Mayerling, cz.1
  • Bezimienni
  • Przypadki Doktora Crippena
  • Who put Bella in the Wych-Elm?
  • Mord na Buck's Row
  • Śmierć Lorda Darnleya
  • Kolejny pretendent do miana ...
Zakładki:
Straszne strony:
Biblioteka Uniwersytetu Cornell
Crimelibrary
Jack The Ripper Casebook
Wiedźma zrzędzi:
Blog pierwotny
Tagi
  • Habsburgowie
  • historia samobójstwo
  • Mary Vetsera
  • Mayerling
  • morderstwo
  • rudolf
  • samobójstwo
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Kategorie: Wszystkie | Czarownice | Czarty i upiry | Historyczny Dracula | Kuba Rozpruwacz | Mordercze klasyki | Pytania bez odpowiedzi
RSS
piątek, 16 lipca 2010
Tragedia w Mayerling, cz. 4
Arcyksięcia Rudolfa pochowano z pełną pompą, w krypcie Kapucynów, co było możliwe tylko dlatego, że uznano go za psychicznie niestabilnego w chwili śmierci. Ot, pomieszało mu rozum i nie wiedział co czyni. bo gdyby wiedział, to jako samobójca nie kwalifikowałby się do pełnego pochówku z wszystkimi szykanami. A ponieważ uznano, że nie wiedział, papież mógł wydać stosowną dyspensę.

Mayerling, na polecenie cesarza Franciszka Józefa, został zamieniony w klasztor. Przebudowano go tak, że ołtarz główny klasztornej kaplicy znajduje się na miejscu dawnej sypialni Rudolfa, w której dokonała się tragedia. Hrabina Larisch, która pomagała kochankom, została persona non grata na wiedeńskim dworze i każdym szanującym się austriackim arystokratycznym domu, wyjechała więc, by resztę swego nader barwnego życia spędzić na emigracji.

Z ustaleń lekarza badającego ciała wynika, że Mary zginęła na kilka godzin przed Rudolfem. Arcyksiążę ów czas poświęcił najwyraźniej na pisanie listów pożegnalnych, do członków swej najbliższej rodziny. Co ciekawe, pochowano go w rękawiczkach na dłoniach i nawet cesarzowej nie pozwolono ich zdjąć choćby na chwilę.

Z biegiem lat powstało wiele teorii wyjaśniających zdarzenia w Mayerlingu. Od samobójczego paktu, po morderstwo na zlecenie. Jedna z najbadziej kuriozalnych głosi, że Rudolf, naciskany przez ojca, chciał zerwać z Mary, ta jednak ubłagała go by spotkali się ten ostatni raz, właśnie w Mayerling. Tamże doszło do ponownej awantury i rozwścieczona Mary ucięła księciowi penisa. Brzytwą, zapewne jego własną. Jak łatwo zgadnąć Rudolf się wkurzył i zastrzelił kochankę, po czym... Po czym według teorii siedział sobie, brocząc krwią z tego, co mu zostało z klejnotów, dumał nad honorowym wyjściem z sytuacji i uprawiał korespondencję. Albowiem uprawianie korespondencji jest naturalnym odruchem mężczyzny, któremu właśnie obcięto członka.

Inna teoria, tym razem dość racjonalna, mówi, że z jakichś powodów Rudolf wpadł w gniew na swoją kochankę. Nie był zbyt stabilny psychicznie, a obsesyjna miłość nastolatki, chociaż może się chwilami wydawać urocza, może wyprowadzić z równowagi nawet kogoś bardziej zrównoważonego niż książę. Pewną rolę mógł też odegrać spożyty alkohol.
Książę, przeto, wpadł w furię i w tej furii pobił Mary na śmierć. Ochłonąwszy, gdy ujrzał co zrobił, zrozumiał, ze jedyne wyjście jakie mu zostało, to palnąć sobie w łeb. Usiadł przeto, napisał listy, po czym o poranku pociągnął za spust.

Pragnę przy okazji zwórcić uwagę na nieścisłości w zeznaniach Loschka. Według niego szturm na drzwi z użyciem siekiery rozpoczął się, ponieważ książę nie otwierał drzwi. I te zamknięte drzwi Loschka tak zaniepokoiły, że pobiegł po posiłki. Obaj i hrabia Hoyos i Loschek znali Rudolfa znakomicie, wiedzieli, że w trakcjie ataków depresji lubił się izolować od reszty świata, ponadto wiedzieli, że w jego sypialni przebywa kobieta. A jakiż mężczyzna nie chciałby sobie poleżeć dłużej w łożu z młodą, atrakcyjną niewiastą?

Podany przez Loschka powód, dla którego hrabia ruszył z siekierą na drzwi książęcej sypialni jest zatem mocno niewiarygodny, tym bardziej, że lokaj twierdził, że nie słyszał strzału. To samo w sobie jest dziwowiskiem, bo niemożliwe, aby huk wystrzału nie poniósł się echem po cichym o poranku pałacyku. Jak z tego widać wszyscy świadkowie w sprawie kręcą ile wlezie, a prawdy nikt się nie dowie, o co zadbał skrupulatny graf Taaffe, niszcząc posiadaną dokumentację na temat tragedii w Mayerling.


Tagi: Mary Vetsera Mayerling morderstwo rudolf samobójstwo
19:17, bupu
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 lutego 2010
Tragedia w Mayerling, cz.3

Dwudziestego ósmego stycznia Marie Larisch na prośbę Rudolfa dostarczyła Mary do apartamentów arcyksięcia w Hofburgu, po czym udała się do Heleny Vetsera, ze zmyśloną historyjką o tym, jak to baronówna uciekła jej podczas zakupów. Wściekła baronowa, domyślając się dokąd mogła udać się córka, przeszukała jej pokój. Ku swemu przerażeniu znalazła list pożegnalny.

Droga mamo, kiedy to przeczytasz, ja będę już w Dunaju. Mary.

Helena wezwała swego brata, Aleksandra Baltazzi, który, szalejąc z gniewu, popędził do szefa tajnej policji, gdzie oczywiście nic nie wskórał. W momencie, gdy tylko padło słowo "arcyksiążę" przełożony tajnych służb zamienił się w dobrze wychowaną górę lodową, oznajmiając, że nie może przeszkadzać książęcej woli.

Tymczasem wierny stangret księcia, Bratfisch, zawiózł Mary do Mayerlingu, zameczku myśliwskiego, rozbudowanego kilka lat wcześniej na polecenie Rudolfa.


Sam arcyksiążę pozostał jednak w Wiedniu, podminowany kolejną gwałtowną awanturą z ojcem, podczas której Franciszek miał wykrzyczeć w furii, że syn niegodzien jest być jego następcą. Nie wiadomo co było jej przyczyną. Spekulowano, że Rudolf próbował unieważnić małżeństwo ze Stefanią, chcąc poślubić Mary i to miało tak rozjuszyć cesarza. Nie wydaje się to nazbyt prawdopodobne, choćby ze względu na osobowość samego Rudolfa, który podobnie jak jego matka cechował się ogromnym umiłowaniem niezależności i swobody. Inną z sugerowanych możliwości jest wyjście na światło dzienne pierwocin spisku, w którym brał udział Rudolf i tę uznałabym za bardziej prawdopodobną.

Wieczór 28 stycznia następca tronu spędził z Mizzi Kaspar, pijąc i snując czarne myśli. Następnego dnia pojechał do Mayerlingu, gdzie dołączyli do niego stali towarzysze zabaw, hrabia Hoyos i Filip von Koburg. Oprócz nich i ukrytej w sypialni Mary, w zameczku przebywali tylko stangret Bratfisch i służący księcia, Loschek.

Wieczorem wszyscy trzej arystokraci zasiedli do obiadu, który wkrótce przerodził się w radosną pijatykę, Rudolf jednak wymówił się od rozrywki, twierdząc iż boli go głowa. Koburg i Hoyos znakomicie zdawali sobie sprawę z tego, że w sypialni księcia przebywa kobieta i to do niej mu pilno.

Dalsza część wydarzeń tonie w niejasnościach, istnieje bowiem podejrzenie, że ich świadkowie nie zożyli zupełnie szczerych relacji. Kamerdyner Loschek zeznał, że 30 stycznia o godzinie siódmej rano poszedł obudzić swego pana, książę kazał mu jednak wrócić za pół godziny. Sługa odczekał wyznaczoną ilość czasu i ponownie zapukał do drzwi sypialni arcyksięcia. Odpowiedziało mu głuche milczenie. Loschek zapukał ponownie, raz i drugi, bez rezultatu, potem spróbował klamki, lecz drzwi były zamknięte. Spłoszony służący oderwał od śniadania hrabiego Hoyosa.

Proszę zwróćić uwagę, że w tym momencie ginie nam tajemniczo z oczu drugi towarzysz Rudolfa, Filip von Koburg. Nie wiadomo co się z nim właściwie działo w tym czasie i dokąd się udał, w każdym razie tamtego feralnego ranka nie było go w Mayerlingu.

Hrabia Hoyos jednak był i stwierdziwszy to samo, co przed chwilą Loschek, to jest, że nikt nie odpowiada na pukanie, a drzwi są zamknięte, posłał kamerdynera po siekierę. Kiedy sypialnia stanęła wreszcie otworem, oczom sługi i arystokraty ukazał się koszmarny widok. Krew pstrzyła ściany, plamiła pościel i skapywała strumykiem z łoża, formując upiorną kałużę u jego podnóża. Arcyksiążę Rudolf, praktycznie pozbawiony zniesionego kulą wierzchołka czaszki, leżał na boku, w dłoni wciąż ściskając rewolwer. Kołdra obok niego wybrzuszała się, skrywając najwidoczniej coś lub kogoś pod sobą. Hoyos uniósł przykrycie, by znaleźć pod nim zakrwawioną i martwą Mary von Vetsera.

Hrabia opanował się błyskawicznie. Kazał Loschkowi wynieść ciało Mary do innego pokoju i zamknąć sypialnię na wszystkie możliwe spusty. Sam popędził do Wiednia, po drodze wysyłając telegram do doktora Wiederhofera, zaufanego wiedeńskiego lekarza. W tym momencie rozpoczęła się wielka akcja zacierania śladów i mylenia tropów.

Pierwszym członkiem rodziny cesarskiej, który dowiedział się o tragedii, była cesarzowa Elżbieta. Przyjęła tę wiadomość z zadziwiającym opanowaniem, po czym poszła rzekazać ją cesarzowi. Franciszek Józef nie panował nad sobą tak znakomicie jak jego żona, wręcz przeciwnie, wydawał się zdruzgotany.


Chwilę później Madame Ferenczy poinformowała cesarzową, że Helena Vetsera prosi o posłuchanie. Sissi zdecydowała się ją przyjąć. Jeśli wierzyć relacji hrabiny Larisch, baronowa padła przed Elżbietą na kolana, krzycząc: Mary! Moja córka! Nieporuszona cesarzowa odpowiedziała chłodno: Za późno. Oboje nie żyją. Helena zemdlała, Sissi zaś opuściła komnatę w absolutnym milczeniu.

Tymczasem doktor Wiederhofer dotarł do Mayerlingu. Tam, wspólnie z Loschkiem uprzątnął nieco miejsce tragedii, po czym umył ciało Rudolfa i obandażował strzaskaną głowę.


Potem zajęli się zwłokami baronówny, spoczywającymi w koszu na bieliznę, wstawionym do jakiegoś schowka. Ponieważ było tam zbyt ciemno, Wiederhofer przeniósł ciało na stół bilardowy w przyległej komnacie. Wsunął na miejsce oko, które wyszło z oczodołu i owinął rany na głowie baronówny bandażem zaimprowizowanym z własnej koszuli nieboszczki. Potem nieszczęsna Mary na powrót wylądowała w schowku, bo na miejsce tragedii zjechał sam cesarz.

Pierwszy komunikat dworu głosił, iż książę zmarł skutkiem ataku serca, wkrótce jednak zmieniono przyczynę zgonu na nieszczęśliwy wypadek na polowaniu.

Nocą 30 stycznia do Mayerlingu wezwano wujów Mary, Aleksandra Baltazzi i hrabiego Stockau. Ciało Mary zostało odziane od stóp do głów, a żeby głowa dziewczyny nie opadała, pod płaszcz na plecach wsunięto kij od szczotki, chustką przywiązując go do szyi. Potem, zgodnie z wydanymi im poleceniami, wujowie wywlekli Mary, trzymając ją pod ręce, na dziedziniec i posadzili na siedzeniu powozu, między sobą. Tak dowieźli ją do pobliskiego opactwa Heiligenkreuz, gdzie bez wielkich ceremonii zapakowano baronównę do prostej, drewnianej trumny i pochowano na przyklasztornym cmentarzu.


18:03, bupu , Pytania bez odpowiedzi
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 lutego 2010
Tragedia w Mayerling, cz.2

Rychło po ślubie Rudolf wrócił do starych zwyczajów, czyli do hazardu, alkoholu i kobiet. Rozpustny tryb życia rychło zaowocował chorobą weneryczną, którą oczywiście zaraziła się arcyksiężna, tracąc skutkiem choroby płodność. Sam książę cierpiał na silne bóle, kojone morfiną, do której rychło nabrał niebezpiecznego upodobania.


Helena i Albin von Vetsera


W takich to okolicznościach jesienią roku 1888 na scenę wkroczyła baronówna Mary Vetsera. Córka barona bardzo świeżej daty, Albina von Vetsera i Heleny de domo Baltazzi, w której żyłach płynęła krew bizantyjskich Greków, urodziła się 19 marca 1871 roku. Ochrzczono ją imionami Marie Alexandrine, ona sama jednak wolała zwać się z angielska Mary, uważając, że brzmi to lepiej. Miała trójkę starszego rodzeństwa, o imionach Johana, Ladislaus i Franz Albin. Mary była dziewczyną niezwykle żywą, o gorącym temperamencie, obdarzoną niezaprzeczalnym seksapilem, choć trudno ją nazwać klasyczną pięknością.


Jeśli wierzyć hrabinie Larisch, przyjaciółce Vetserów i bratanicy Sissi, Mary zakochała się w arcyksięciu widując go kiedy niekiedy podczas przejażdżek w parku Prater. Zadurzyła się w nim tak, jak współczesne nastolatki durzą się w Robercie Pattinsonie lub innej gwieździe ekranu, z całym młodzieńczym fanatyzmem, widząc w nim rycerza bez skazy i zasypując wszystkich znajomych bywających na dworze cesarskim nieustanymi pytaniami o zwyczaje i upodobania arcyksięcia.

Wreszcie jesienią 1888 roku zdecydowała się napisać do Rudolfa list, pełen gorących zapewnień o miłości i próśb o audiencję. Ku jej zdumieniu i radości arcyksiążę odpisał, informując, że co noc, o dwunastej, w umówionym miejscu będzie czekał powóz, który może zabrać Mary na wymarzone spotkanie. Brzmi to niczym wyjęte z taniego romansu, informuję zatem uprzejmie, iż dalej opieram się na wspomnieniach hrabiny Larisch.

Mimo iż w domu była dobrze pilnowana i nie ruszała się nigdzie bez przyzwoitki, Mary zdołała jakoś zmylić rodzicielską czujność i w końcu wymknęła się na schadzkę z Rudolfem. Książę, najwidoczniej mile połechtany fanatycznym uwielbieniem okazywanym mu przez dziewczynę, postanowił romans konynuować, co nie oznacza, że zrezygnował z innych. Co to, to nie, dalej pozostał tym samym hulaką, spotykając się w tym czasie między innymi ze swoją długoletnią kochanką Mizzi Kaspar, której zresztą zaproponował w pewnym momencie współne samobójstwo. Jak łatwo zgadnąć Mizzi nie wyraziła entuzjazmu.


Mizzi Kaspar

Z dyskretną pomocą hrabiny Larisch romans rozkwitał, a ponieważ Rudolf pod pewnymi względami był nieodrodnym synem własnego ojca, związek z Mary rychło przestał być platoniczny. Nie wywołało to żadnej sensacji na habsburskim dworze, przyzwyczajonym do takich rzeczy, zwłaszcza w wykonaniu arcyksięcia. Stefania, jak wszyscy znakomicie poinformowana o niewierności męża, nic sobie z tego nie robiła, sama mając już kochanka, o którym z kolei świetnie wiedział Rudolf. Ponieważ jednak, jak wiemy, żona była mu najdoskonalej obojętna, udawał że nic nie widzi i nic nie słyszy.


Gdzieś w tym okresie arcyksiążę podarował Mary żelazną obrączkę, z wygraweerowanymi literami I.L.V.B.I.D.T, co miało oznaczać "In Liebe vereint bis in der Tod" czyli "Zjednoczeni w miłości, nawet po śmierci". Wtedy też miał Rudolf zaplątać się w niebezpieczną polityczną intrygę, o czym donoszą znowu niezawodna hrabina Larisch i ostatnia cesarzowa Austrowęgier, Zita. Otóż Rudi podobno przystąpił do liberalnego spisku, mającego na celu obalenie konserwatysty Franciszka Józefa i osadzenie na tronie samego Rudolfa, człowieka o poglądach wybitnie liberalnych jak na owe czasy.

Może by się romans Mary i Rudolfa toczył bez większych zakłóceń, gdyby nie to, że baronówna poważnie narozrabiała. Był styczeń 1889, karnawał, a więc okres bali, również na cesarskim dworze. Podczas jednego z nich Mary, spotkawszy znienawidzoną Stefanię, zamiast oddać przepisowy ukłon, spojrzała jej wyzywająco w oczy, po czym ostentacyjnie odwróciła się i odeszła. Skandal był okrutny, Helena Vetsera wywlekła córkę z sali balowej i zawiozła do domu, gdzie z miejsca ukarała ją szlabanem, czyli zakazem wyjśc wszelakich. Rudolf po balu doczekał się reprymendy od tatusia, bo mieć kochanki było wolno, ale miały być ciche i bezwonne, nie włażąc wytwornemu towarzystwu w oczy.

Związek Rudolfa i Mary zaczął się zbliżać ku końcowi.

18:46, bupu , Pytania bez odpowiedzi
Link Dodaj komentarz »
Tragedia w Mayerling, cz.1

Miłość sięgająca za grób. Tragiczni kochankowie, którzy nie mogąc być razem za życia, postanawiają współnie umrzeć. Romeo i Julia cesarskiej rodziny Habsburgów. Tak właśnie w kulturze masowej utrwaliła się pamięć, o romansie arcyksiecia Rudolfa i baronówny Marii Vetsera, zwieńczonym ponurym finałem w nocy z 29 na 30 stycznia 1889 roku, w jednej z komnat myśliwskiego zameczku Mayerling. Prawda jednak, jak zwykle, jest znacznie mniej romantyczna, choć znacznie bardziej tajemnicza i zawikłana niż fikcja.

Tę opowieść należy zacząć od przedstawienia biorących w niej udział osób. Zaczniemy od arcyksięcia Rudolfa. Rudolf Franz Karl Josef , urodzony 21 sierpnia 1858 roku, był, jak powszechnie wiadome, synem cesarzowej Elżbiety Bawarskiej, znanej również jako Sissi, oraz Franciszka Józefa, cesarza Austrii.


Podobnie jak jego starsza siostra Gizela, krótko po urodzeniu został oddany na wychowanie swej babce po mieczu, arcyksiężnej Zofii. Była to kobieta o niezwykle silnym charakterze, która rządziła cesarzem i Hofburgiem jak chciała, uważała również, że Rudolfa, jako przyszłego cesarza należy wychowywać twardą ręką, nieustannie hartując i utwardzając jego charakter. Cesarzowa Sissi, jedyna osoba której nie udało się Zofii ujarzmić, początkowo nie miała żadnego wpływu na wychowanie swych starszych dzieci, których prawie nie widywała, po części ze względu na rozporządzenia teściowej, ale również ze wzgledu na to, że kiedy tylko mogła uciekała ze znienawidzonego wiedeńskiego dworu za granicę. Kiedy zaś po ciężkich zmaganiach ów wpływ uzyskała, nie wprowadziło to żadnej poprawy w jej stosunki z Rudolfem i Gizelą. Całą macierzyńską miłość Elżbieta przelała na najmłodszą córkę, Marię Walerię, którą wychowywała już sama.

Co się tyczy ojca, ten pozostawał pod wpływem Zofii, posłusznie godząc się na jej koncepcje wychowawcze, nigdy też specjalnie nie rozumiał swojego syna i nie był z nim nazbyt blisko.


Tak oto mały Rudi dorastał samotnie na wiedeńskim dworze, od małego poddawany żołnierskim rygorom, mającym uczynić z niego mężczyznę. A chłopiec był z natury wrażliwy, odziedziczywszy po Wittelsbachach chwiejną psychikę i ów zaordynowany przez żelazną babunię trening znosił fatalnie. Oprócz jednak hartowania zapewniono mu też stosowne warunki dla rozwoju intelektualnego, co Rudolf wykorzystał nader skwapliwie, od najmłodszych lat wykazując niezwykle szerokie zainteresowania naukowe. Wyrósł na człowieka niezwykle inteligentnego, erudytę, politycznie znacznie bardziej dalekowzrocznego politycznie niż jego konserwatywny ojciec. Pasjonował się mineralogią, geografią, historią i ekonomią, zdobywajac w tych dziedzinach gruntowne wykształcenie, władał również wielona językami (także polskim).

Jednak ten wielki intelekt (dla którego znalazłoby się znacznie lepsze zastosowanie, niż pakowanie w mieszczący go organ ołowiu) i erudycja nie znajdowały ujścia, ponieważ cesarz, z uporem maniaka, odmawiał synowi sprawowania jakichkolwiek funkcji w państwie. Nie rozumiał Rudolfa, być może ze względu na jego wielkie podobieństwo psychiczne do Sissi, którą cesarz bardzo kochał, ale pojąć nie potrafił. Tak samo nie potrafił pojąć co rządzi jego synem i nie umiał, czy nie chciał się do niego zbliżyć tak, że żyli niczym po dwóch stronach szyby.

Bezczynny Rudolf, nie mogąc przygotowywać się do swego przyszłego zawodu czuł się bezużyteczny, a to wywoływało w nim narastającą frustrację i stwarzało znakomity grunt dla depresji, do któej skłonności odziedziczył po matce. Arcyksiążę rozładowywał napięcie po habsbursku, to jest rzucając się głową naprzód w świat hazardu, alkoholu i uciech cielesnych. Po kolejnym burzliwym romansie para cesarska uznała, że najwyższy czas następcę tronu ożenić. Wybranką (nie Rudolfa, rzecz jasna, lecz jego rodziców) stałą się księżniczka Stefania, córka króla Belgów, zresztą z Habsburgami mocno spokrewniona.

Tuż przed ślubem niesforny Rudi zdołał wywołać skandalik, romansując z niejaką panią Oraczewską, małżonką wołyńskiego ziemianina. Damę pospiesznie opłacono i wyekspediowano do Paryża, a Rudolf grzecznie poślubił Stefanię dziesiatego maja 1881 roku. Miał wtedy lat dwadzieścia dwa, a panna młoda szesnaście


Małżeństwo od początku było pozbawione miłości, a Rudolf nawet nie starał się być specjalnie uprzejmy, czy sympatyczny dla Stefanii. Biedna arcyksiężna, odepchnięta przez męża, dodatkowo musiała znosić szykany, ze strony teściowej, która niepomna na twardą szkołę jaką otrzymała od Zofii, uprzykrzała synowej życie jak się dało i obrzucała epitetami typu "tłusta słonica". Stefania tłusta nie była, rzecz jasna, ale przy anorektycznej Elżbiecie każda normalnie zbudowana kobieta musiała wyglądać jak hipopotam w ciąży. W 1883 roku arcyksięstwu urodziło się jednak ich jedyne dziecko, córkę Elżbietę i wydawało się, że wszystko jakoś się ułoży. A jednak sprawy potoczyły się inaczej.

Tagi: Habsburgowie historia samobójstwo Mary Vetsera Mayerling morderstwo rudolf
15:44, bupu , Pytania bez odpowiedzi
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 sierpnia 2008
Bezimienni

Było prawie wpół do siódmej rano. Kierowca ciężarówki mknącej dziewięćdziesiątą piątą międzystanową czuł się coraz bardziej senny. Powieki mu ciążyły, jakby były z ołowiu a skupienie uwagi przychodziło z coraz wiekszą trudnością. Postanowił że zjedzie z międzystanowej w jakąś boczną drogę i trochę się prześpi. Locklair Road, gruntowa droga gdzieś koło Florence w hrabstwie Sumter, Karolina Południowa, wydała mu się odpowiednia, skręcił więc w nią z westchnieniem ulgi. Po czym jego oczom ukazal sie makabryczny widok: na poboczu leżało dwoje mlodych ludzi. Oboje martwi. Był diewiąty sierpnia 1976.

Powiadomiony przez kierowcę szeryf hrabstwa Sumter przybył wraz z ekipą śledczą na miejsce, by obejrzec ofiary. Chłopak mogl miec jakieś osiemnaście-dwadzieścia pięć lat i był przystojnym brunetem o brązowych oczach, liczącym sobie nieco ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Jego skóra miala lekki oliwkowy odcień.


Jock i Jane Doe


Był ubrany w czerwoną koszulkę z napisem ''Coor's America's light beer'' na piersi i drugim, "Camel Challenger G T Sebring 75'' , na plecach, oraz spłowiale levisy. W kieszeni mial tylko pudelko zapałek, ani sladu dokumentów, pieniędzy, kluczyków czy portfela. Jego towarzyszka zdawala sie byc nieco młodsza, może osiemnastoletnia, szczupła i zgrabna, z ciemnymi włosami do ramion i zielonymi oczami, oraz karnacją o podobnie oliwkowym odcieniu jak u chłopaka. Nosiła w chwili śmierci różową bluzkę z pojedynczym ramiączkiem biegnącym wokół szyi, czyli tzw. halter top, szorty -przycięte dżinsy i bialą, muslinową, zapinaną bluzkę. Żadne z nich nie nosiło majtek.

Kres ich życiu położyly trzy strzały z bliskiej odległości, wymierzone kolejno w plecy, pierś i gardło obojga, z zimną krwią, tak jakby ktoś dokonał na nich egzekucji. Nie żyli od mniej niż dwudziestu czterech godzin.

Szeryf rozpoczął swoją pracę od próby zidentyfikowania ofiar. Najpierw wysunięto supozycję że byli autostopowiczami, ale przeczyło temu ogólne zadbanie obojga. Czyści, schludnie ubrani, nie wyglądali jak osoby podróżujące okazją przez Stany i myjące się od przypadku do przypadku. Ponadto na ich ciałach znaleziono rzeczy wskazujące na ich raczej nie najgorsza sytuację materialną. Chłopak nosił drogi zegarek Bulova Accutron i sygnet z dwudziestoczterokaratowego zlota, z szafirem gwiaździstym. We wnętrzu sygnetu wygrawerowano litery JPF.


Sygnet Jocka



Dziewczyna natomiast miala na palcach trzy srebrne pierścionki, może meksykańskie, a może indiańskie, jeden z trzema fragmentami niebieskiego kamienia oprawionymi w czarny owal, drugi z czerwonymi i błekitnymi kamieniami, a trzeci z jadeitowym oczkiem.





Pierścionki Jane


Chłopak ponadto miał w ustach mostek dentystyczny, ktorego wykonanie musiało byc bardzo drogie, łydki dziewczyny zas byly niewydepilowane, co kazało policjantom mniemać, że być może była cudzoziemką.

Obojgu denatom zdjęto odciski palców i porownano z czym się dało, bezskutecznie. Stróże prawa podążyli też tropem zegarka, a ściślej numeru seryjnego wygrawerowanego na jego spodzie. Zegarek wyprodukowano w 1968 roku, jednak niedlugo potem firma upadla a wszystkie rejestry zostaly zniszczone. Stan uzębienia mężczyzny opisano w czasopismach stomatologicznych, żaden dentysta jednak nie rozpoznal skomplikowanej roboty wykonanej na jego uzębieniu. Ba, skontaktowano się nawet z Interpolem i sluzbami imigracyjnymi, na próżno, tożsamość dwojga młodych ludzi pozostała tajemnicą.

Udało sie jednak ustalić że koszulka chłopaka nabyta została zapewne podczas wyścigów samochodowych na Florydzie, sponsorowanych przez Coorsa, natomiast zapałki znalezione w kieszeni jego dżinsów pochodziły z zajazdu dla ciężarówek na środkowym wschodzie. Ktoś przypomniał sobie również że widział podobną parę młodych ludzi dokonująca zakupów w sklepie z owocami koło autostrady, niestety jednak świadek ów nie zauważył czym i z kim przyjechali.

Cztery miesiace po odkryciu cial zdawało sie że nadszedl przelom. W samochodzie kierowcy zatrzymanego w Południowej Karolinie za jazdę po pijanemu znaleziono rewolwer z cześciowo zatartym numerem seryjnym. Ponieważ policjanci zaczeli podejrzewać że broń mogła byc kradziona wyslano ją do dalszego badania. Analiza balistyczna wykazala niezbicie że to własnie ten rewolwer poslużył jako narzędzie mordu na dwójce młodych ludzi.

Wlaściciel broni twierdził że nabył ją od jakiegoś kierowcy ciężarówki, a kiedy zauważyl że numer seryjny jest częściowo zatarty, było za późno żeby się z zakupu wycofać. Jednak śledczy odczytali ów numer i udało im się prześledzić losy broni, która była odsprzedawana i kradziona kilka razy nim trafiła w ręce brata jej ostatniego posiadacza, czyli owego pechowego pijanego kierowcy. Brat podarował mu ją jako prezent gwiazdkowy, a indagowany przez policję zeznał ze numer seryjny byl wówczas nietknięty. Wtedy właściciel broni przyznał że to on probowal zatrzeć ów numer, ale wyparł się popełnienia morderstwa, co potwierdzilo badanie wykrywaczem kłamstw. Ponieważ jednak człowiek ów legitymowal sie żelaznym alibi, bo gdy dokonano podwójnego morderstwa z użyciem jego broni, on akurat przebywal z chorą żoną w szpitalu, puszczono go wolno. Wydaje się jednak że wiedział coś o tej zbrodni, jednak zabral te wiedze ze sobą do grobu, umarłszy jakiś czas temu.

Tymczasem policja desperacko usilując odkryć tożsamość bestialsko zamordowanej dwójki, a nie dysponując swieżymi tropami, uciekla się do posunięcia zgola rozpaczliwego. Otóż ciala zamordowanych wystawiono w w szklanych trumnach w domu pogrzebowym, gdzie publiczność mogła je bez przeszkód oglądać. Niekończąca się procesja rodzin zaginionych osób z całego kraju defilowała przed trumnami, nikt jednak nie rozpoznał w leżących w nich osobach swoich bliskich.

Wreszcie, po kilku miesiącach, pracownik campingu KOA w Santee, Karolina Południowa, poinformował policję że ów młody człowiek którego cialo odnaleziono na wiejskiej drodze przebywal wraz ze swoja towarzyszką na owym campingu jakis czas, przecz jasna jeszcze za życia, po czym wyjechał na Florydę. Wracając stamtąd on i dziewczyna pojawili się ponownie na campingu. Świadek ów twierdził że zaprzyjaźnił się z chłopakiem, który przedstawiał się jako Jock, czy tez może Jacques. Jock wyjawił przy partyjce bilarda że był synem bogatego kanadyjskiego lekarza który go wydziedziczył, ponieważ syn poniechał kariery w medycynie. Wydziedziczony Jock-Jacques zrobił sobie wakacje, które spędzał włócząc sie bez celu po Ameryce. Tuż przed wyjazdem z campingu Jock próbowal zastawić swój sygnet, wedle słów świadka identyczny z tym znalezionym przy zwłokach.

Podążając kanadyjskim tropem policjanci skontaktowali sie z Kanadyjską Królewską Konną Policją, ktora opublikowala portrety pamięciowe i odciski palców ofiar w swoich biuletynach, jednak i tym razem śledztwo zawędrowało w ślepą uliczkę.

Po roku poczerniale szczątki w trumnach przestały przypominać istoty ludzkie, zadecydowano więc że należy je pochować. Wciąż bezimienne ofiary zagadkowego mordu spoczęły na cmentarzu przy kościele w Oswego, pod nagrobkami z napisem "Nieznany mężczyzna" i "Nieznana kobieta". Po dziś dzień nie udało się ustalić kto ich zamordował, ani kim byli. Odrobinę nadziei przynosi fakt że profile mitochondrialnego DNA obojga zostały umieszczone w bazie danych i będą porownywane na bieżąco z wprowadzanymi danymi. Może uda się w koncu przywrócic tej dwójce tożsamość...






22:13, bupu , Pytania bez odpowiedzi
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 czerwca 2008
Przypadki Doktora Crippena

Wlaściwie nie wiadomo co skłoniło pełną życia dziewiętnastoletnią Corę Turner, mieszkankę Nowego Jorku, do poślubienia doktora Crippena. Miał trzydzieści lat, a więc z punktu widzenia nastolatki był starcem niemalże nad grobem stojącym, był mały, drobny, brzydki, cichy i nudny. A Cora, naprawdę nazywająca się Kunigunde Mackamotzki, marzyła o wielkim świecie, chciała zostać operową divą, występującą w największych operach świata, obsypywaną klejnotami i rozpieszczaną przez tłumy mężczyzn. Być może wierzyła że małżeństwo z Hawleyem Harveyem Crippenem jest szczeblem w drabinie jej sławy?



Hawley Harvey Crippen


Niezależnie od tego co powodowało Corą, we wrześniu 1892 roku stała się ona panią Crippen. Kilka lat później kariera doktora Crippena rozwijała się wyśmienicie, objał on bowiem lukratywną posadę w Londynie, natomiast Cora, pozostawszy w Stanach Zjednoczonych, a ściślej w Filadelfii, rzuciła się głową naprzód w świat sztuki, ćwicząc głos, ucząc sie aktorstwa i robiąc wszystko by zaistnieć jako artystka, przyjąwszy pseudonim Belle Elmore. Niewykluczone że nudnemu doktorowi urosło w tym czasie spore poroże, Belle bowiem była damą nader rozflirtowaną i uwodzicielską, w każdym razie po sześciu miesiącach rozłąki Crippen zawezwał swą małżonkę do Londynu.

Jednak oczekiwany przez Belle blask chwały jakoś nie chciał jej opromienić, mimo występów w drugorzędnych teatrach, publiczność nie padała na kolana i nie piała z zachwytu, ba! wręcz śmiano się z niskiej przysadzistej damy, usiłującej uchodzić za eteryczną sylfidę i przekonanej o własnym wielkim talencie. Niemniej jednak artystyczna atmosfera ówczesnego Londynu bardzo pani Crippen odpowiadała. Nocne życie, egzotyczne lokale, no i mężczyźni, meżczyźni dookoła, jakże inni od nudnego doktorka, który nie rozumiał marzeń żony i nie lubił artystycznego światka.

Zwiazek państwa Crippen wszedł w głęboki kryzys, pogłębiony problemami zawodowymi doktora, mającymi niejaki związek z artystycznymi zapędami Belle. Doktorostwo albo się kłócili, albo mijali w drzwiach, wymianę słów ograniczając do "dzień dobry". I wtedy na scenę wkroczyła nowa kobieta: osemnastoletnia sekretarka Crippena, Ethel Le Neve, w której doktor zakochał się po uszy. Tymzasem niczego nieświadoma Belle z zapałem przystąpiła do redekoracji nowego domu doktorostwa, mieszczącego się przy Hilldrop Crescent 39. Ukochanym kolorem pani Crippen był różowy i to rzucało się w oczy każdemu kto wszedł do odnowionego mieszkania. Różowe były abażury, obrusy, wazony, wszystko było RÓŻOWE. Nic dziwnego że doktor, którego estetyczne upodobania połowicy przyprawiały niemal o mdłości, spędzał więcej czasu w swoim gabinecie poza domem niż gdziekolwiek indziej, a jego romans ze spokojną, dobrze wychowaną i cichą Ethel burzliwie się rozwijał (acz, z powodu oporów moralnych obojga kochanków, nieskonsumowany).

Tuż po tym jak państwo Crippen wynajęli ów dom na Hilldrop Crescent, Bella zaczęła nalegać na wynajęcie kilku pokojów, co wydatnie podreperowałoby kulejący budżet doktorostwa, kulejący tym bardziej że Belle właśnie nabyła nowy fortepian, kosztujacy tyle co miesięczny czynsz. Doktor się zgodził i w trzech pokojach na drugim piętrze zamieszkało trzech studentów z uniwersytetu w Heidelbergu, w Niemczech, przebywających na wymianie w Londynie. Panowie byli grzeczni, mili, czynsz płacili terminowo i byłoby przecudownie gdyby pewnego dnia doktor nie wrócił z pracy sporo wcześniej niż to czynił zazwyczaj. I wszedłszy do sypialni zamarł jak gromem rażony, albowiem w jego własnym łóżku, z jego własną żoną, zabawiał się jeden ze studentów, Richard Ehrlich.

Zdruzgotany odkryciem Crippen popędził lać łzy rzewne na łonie wiernej Ethel, która, rzecz jasna jęła go pocieszać, co skończyło się runięciem niewzruszonych dotąd barier moralnych i entuzjastyczną konsumpcją związku. I choć Hawley wciąż pozostawał małżonkiem Belle, od tego momentu kochankowie nie kryli się aż tak bardzo, spędzajac razem każdą wolną chwilę. I stało się to, co stać się musialo, mianowicie ludzie zaczęli gadać. A plotka o romansie doktora i Ethel dosięgła uszu Belle. Pani Crippen acz, jak sami pamiętamy, niezbyt wierna małżeńskiej przysiędze, dowiedziawszy się o niewierności doktora wpadła w furię i jęła czynić mężowi regularne awantury. W tak zwanym międzyczasie (był już rok 1909) Ethel zaszła w ciążę i poroniła, a nudząca się coraz bardziej Belle uczyniła sobie z kłótni małżenskich coś w rodzaju rozrywki, obrzucając tak doktora, jak i jego kochankę stekiem niewybrednych wyzwisk. W małym, niepozornym człowieczku zaczęła narastać desperacja.

Drugiego lutego 1910 roku doktor Crippen poinformował swą kochankę i sekretarkę w jednej osobie iż jego małżonka go opuściła. Tak po prostu, znienacka i bez słowa wyniosła się chyłkiem poprzedniego dnia, gdy Crippen był w pracy. Ogłuszywszy Ethel tą informacją doktor, ku jej jeszcze większemu zaskoczeniu, wyjął z kieszeni garść damskiej biżuterii, rozłożył ją metodycznie na biurku i oznajmił spokojnie że Belle zostawiła to wszystko, a on życzyłby sobie by jego ukochana wybrała sobie coś z tego. Ethel, odzyskawszy po krótkiej chwili możność mówienia, poprosiła pracodawcę aby sam wybrał biżuterię dla niej, co Crippen uczynił.

Tego samego dnia doktor polecił Ethel zanieść list i paczuszkę do siedziby Music Hall Ladies' Guild, kobiecej organizacji której członkinią i skarbniczką była Belle. Krótki list którego autorką miała być pani Crippen zawierał jej rezygnację ze stanowiska skarbniczki, usprawiedliwioną rzekomą koniecznością kilkumiesięcznej wizyty u chorego krewnego w Stanach Zjednoczonych. Paniom z Ladies Guild list nie spodobal się od samego początku, wzbudzając podejrzenia. Charakter pisma za nic nie chciał przypominać pisma Belle, poza tym nieprawdopodobne było zeby pani Crippen zawracała sobie głowę wysyłaniem liscików za pośrednictwem małżonka, skoro mogła zatelefonować do jednej z pań, wynalazek Aleksandra Grahama Bella zaczął bowiem wchodzić w powszechne użycie. Podejrzenia pań wzmogły się jeszcze, gdy doktor powiedział jednej z nich, Clarze Martinetti, że Belle wyjechała pielęgnować chorego krewnego w Kalifornii, a tymczasem Clara doskonale pamiętała iż jej przyjaciółka wspominała wyłącznie o posiadaniu rodziny w Nowym Jorku.

Jakby tego bylo mało na doroczny bal dobroczynny wydany przez Ladies' Guild 20 lutego doktor przyprowadził swoją sekretarkę, usprawiedliwiając to, rzecz jasna, wyjazdem małżonki za ocean. Ku niewymownemu zgorszeniu zgromadzonych dam na dekolcie Ethel Le Neve lśniła diamentowa brosza, bez wątpienia należąca do pani Crippen. Plotka obiegła salę z prędkością elektrycznej iskry, a co niecierpliwsze damy popędziły do gotowalni by tam spokojnie i z lubością omówić ów skandal.

Przez następny miesiąc zanepokojone panie z Ladies' Guild bombardowały Crippena pytaniami o Belle i to co się z nią dzieje, doktor zaś udzielał odpowiedzi mętnych i niejasnych. Wreszcie pod koniec marca złożył wizytę Clarze Martinetti i z bardzo smutną miną rzekł iż niestety, ale nie ma dobrych wieści. Biedna Belle złapała zapalenie pluc i pozostaje przykuta do łoża boleści w Kalifornii. Poruszone damy zażądały aktualnego adresu przyjaciółki by posłać jej życzenia powrotu do zdrowia, jednk doktor spokojnie rzekł iż nie należy męczyć chorej, która jest w tak fatalnym stanie że on, nieszczęsny małżonek, w każdej chwili oczekuje tej najgorszej wiadomości. Kilka dni później, 24 marca, państwo Martinetti otrzymali lakoniczny telegram od doktora: "Belle zmarła wczoraj o szóstej".

Tymczasem nieutulony w żalu wdowiec zabrał swą kochankę na romantyczną wycieczkę do Dieppe we Francji. Tamże poinformował Ethel że pani Crippen nie żyje, on sam jest wolny, w związku z czym mogą teraz wreszcie zalegalizować swój związek. Nie wiadomo co pomyślała Ethel i czy miała jakieś podejrzenia co do roli swego wybranka w zejściu jego żony z tego świata, wiadomo natomiast że nieustraszone damy z Ladies' Guild, ugruntowane w swych podejrzeniach przystąpiły do działania.

Na początku ustaliły że dom na Hildrop Crescent 39 zyskał nową gospodynię, albowiem Ethel po pwrocie z Dieppe zamieszkała z doktorem i przystąpiła do energicznego pozbywania się landrynkoworóżowego wystroju wnętrz. Tymczasem Crippen poinformował przyjaciół małżonki iż pogrzeb nie odbędzie sie, albowiem doczesne szczątki Belle zostały skremowane za oceanem. W głowach dam z Ladies' Guild rozbrzmiał kolejny sygnał alarmowy, albowiem pani Crippen była katoliczką, a katolicy w tym czasie nie akceptowali kremacji jako formy pochówku. Naradziwszy się, panie doszły do wniosku że nawyższy czas wprowadzić do gry przedstawicieli prawa.

Louise Smythson, obarczona rolą wysłańca Ladies' Guilds, wmaszerowała do siedziby Scotland Yardu i poinformowała inspektora głównego Waltera Dew (skądinąd znanego z tego iż miał wątpliwe szczęście być jednym z pierwszych policjantów przy zwłokach Mary Jane Kelly, jednej z ofiar Kuby Rozpruwacza) o podejrzeniach żywionych przez zacne damy. Inspektor przyjął rewelacje pani Smythson dość chłodno. Wskazując stalową szafkę na akta rzekł cierpko iż jest ona wypchana po brzegi raportami o zaginionych osobach, ponieważ żony notorycznie uciekaja od nie chcących dać im rozwodu mężów, Co się zaś tyczy sekretarki paradującej w biżuterii żony doktora to i takie rzeczy się zdarzają, policjanci jednak są stróżami prawa, nie moralności.

Członikinie Ladies' Guild jednak nie zniechęcały się tak łatwo i ponownie przystąpiły do pracy śledczej. Znana nam już Clara Martinetti i Annie Sutton sprawdziły starannie jakie statki odpływaly do Stanów w dniu rzekomego wyjazdu Belle. Okazalo się że jedyny statek który miał odpływać w zbliżonym czasie, "La Touraine",  był akurat remontowany w Hawrze.  Pani prezes szacownej Ladies' Guild skontaktowała sie z władzami Kaliforni by dowiedzieć się że żadna osoba nazwiskiem Belle Crippen lub Belle Elmore nie zmarła w tym stanie. Indagowany przez panie o miejsce w którym Belle wyzionęła ducha, Crippen zasłonił się niepamięcią.

Wyposażone w te informacje panie przypuściły ponowny szturm na Scotland Yard, tym razem rozmawiajac nie tylko z Dewem, ale i z jego przełożonym,  superintendentem Frankiem Froestem.  Obaj panowie uznali że należałoby porozmawiać z doktorem i kilka dni później, ósmego lipca, inspektor Dew zapukał do drzwi domu przy Hilldrop Crescent.  Przyciśnięty przezeń doktor wyznał że jego żona nie zmarła, lecz porzuciła go odchodząc bez słowa w dal siną, a on, spokojny obywatel, wymyślił tę opowieść o jej śmierci, chcąc uniknąć skandalu obyczajowego. Dew poczuł sie usatysfakcjonowany takim wyjaśnieniem,  spisał zeznania doktora, Crippen je podpisał, po czym zadowolony inspektor powrócił do biura.

Damy z Ladies' Guild jednak zadowolone nie były wcale, czemu dały wyraz. Inspektor Dew zatem postanowił spróbować raz jeszcze i wraz z detektywem sierżantem Arthurem Mitchellem udał się do gabinetu doktora Crippena. Tam dowiedział się że zarówno doktor, jak i jego sekretarka, panna Le Neve, nagle wyjechali w niesprecyzowanym kierunku. Inspektor i detektyw popędzili na Hilldrop Crescent 39, tam jednak była jedynie pokjówka, która powiedziała policjantom to czego dowiedzieli się już w gabinecie: państwo wyjechali, nie wiadomo dokąd, nie wiadomo na jak długo.

Dew zarządził przeszukanie domu. Dwa dni później, 13 lipca, dziubiąc posadzkę piwnicy pogrzebaczem, inspektor odkrył że częśc tworzących ją cegieł da się wyjąć. Po rozebraniu podłogi i kilku energicznych ruchach łopatą oczom policjanta ukazała się bryła gnijącej materii.  Był to pozbawiony glowy i kończyn ludzki tułów.  Znalezisko poddano sekcji która wykazała iż ów tułów należał do przysadzistej kobiety która farbowała włosy na blond oraz przeszła operację w obrębie jamy brzusznej. Ustalono iż Bella Crippen byla operowana i posiadała tlenioną blond fryzurę.  W szczątkach znaleziono ślady skopolaminy,  trującego alkaloidu występującego między innymi w bieluniu dziędzierzawie. Trzy dni później wystawiono nakaz aresztowania doktora i panny Le Neve.

Tymczasem na pokładzie płynącego do Quebecu statku S.S. Montrose kapitan Kendall zastanawiał się nad bardzo dziwną parą pasażerów.  Przedstawiali się jako Robinsonowie, ojciec i syn, i faktycznie jeden z nich był mężczyzną w średnim wieku, lecz ten drugi... No niewątpliwie był bardzo młody, ale wydał się kapitanowi zadziwiająco... kobiecy. Miękki głos, krągłe biodra kołyszące się w chodzie, śliczna buzia... Hmm. I zawsze trzymali się tak blisko, zbyt blisko jak na ojca i syna... Hmmm. Kapitan Kendall po raz kolejny spojrzał w gazetę nabytą jeszcze na stałym lądzie, której pierwszą stronę zdobiły portrety Ethel Le Nevei Hawleya Harveya Crippena, po czym podjął męską decyzję i poszedł nadać telegram. Był dwudziesty drugi lipca.

Telegram rychło trafił do rąk policji. Walter Dew wsiadł na statek, którym był szybszy od S.S. Montrose The Laurentic,  natomiast kapitan Kendall i jego załoga udawali że nic się nie dzieje i w ogóle nie mają żadnych podejrzeń w stosunku do kogokolwiek.  Gdy Montrose przybył do Quebecu, inspektor Dew już czekał na Crippena i Ethel.

Oboje sądzono w październiku. Ethel po błyskawicznym jednodniowym procesie uniewinniono, uznając że nic nie wiedziała o poczynaniach swego kochanka. Proces doktora zaczął się 18 października, Crippen zaś nie przyznawał się do winy, twierdząc że nie ma pojęcia skąd ciało Belle wzięło się w jego piwnicy.  Pięć dni później ława przysięgłych uznala Crippena winnym zarzucanych mu zbrodni. Sędzia Alverstone, odchrząknął i ogłosił wyrok:

"Harvey Hawley Crippen, you have been convicted, upon evidence...that you cruelly poisoned your wife, that you concealed your crime, you mutilated her body, and disposed piece-meal of her remains; you possessed yourself of her property, and used it for your own purposes. It was further established that as soon as suspicion was aroused, you fled from justice...I implore you to make your peace with Almighty God. I have now to pass upon you the sentence of the Court, which is that you be taken from hence to a lawful prison, and from thence to a place of execution, and that you be there hanged by the neck until you are dead...And may the Lord have mercy on your soul!"

Hawley Harvey Crippen został stracony dwudziestego trzeciego listopada 1910 roku. zgodnie z jego życzeniem został pochowany wraz z portretem Ethel i listami które od niej otrzymał.











17:05, bupu , Mordercze klasyki
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 maja 2008
Who put Bella in the Wych-Elm?
Wzgórze Wychbury w angielskim hrabstwie Worcester to miejsce spokojne i odludne. Czasami pojawiają się tam turyści, by zwiedzić fort z epoki żelaza i zrobic parę zdjeć dwustuletniemu obeliskowi, przychodzi też grupka neopogan by odprawiać swoje ceremonie. Ale zazwyczaj jest bardzo spokojnie.

Jedenastego sierpnia 1999 na szczycie wzgórza pojawili się miłośnicy astronomii, chcący obejrzeć zaćmienie słońca. Pogoda jednak nie dopisała, chmury powlokły niebo i z obserwacji wyszły nici. Jednak na astronomów czekala niespodzianka. Oto cokół obelisku pokryty był równymi okrągłymi literami, wymalowanymi białą farbą. "Who put Bella in the witch elm?" (Kto wsadził Bellę w wiąz?), głosił napis.




Zrobiło się jakoś mrocznie, i to wcale nie skutkiem zaćmienia. Napis odwoływał się bowiem do tajemniczego morderstwa sprzed kilkudziesięciu lat. Nigdy nie zidentyfikowano jego ofiary, ani nie ujęto sprawcy.

Był kwiecień 1943 roku. Robert Hart, Thomas Willetts, Bob Farmer i Fred Payne, czterech nastolatków z miasteczka Stourbridge, wybrali się na miłą, acz niezupełnie legalną eskapadę do lasu. Niezupełnie legalną, bo plan ich zajęć przewidywał polowanie na króliki oraz wybieranie jaj z ptasich gniazd. Chłopcy zapuścili się do Hagley Wood, lasu leżącego nieopodal wzgórza Wychbury, a będącego częścią posiadłości Hagley Hall. Natrafiwszy na ogromny i stary krzew oczaru wirginijskiego (wych/witch-hazel), przez miejscowych uparcie mylonego z wiązem górskim (wych/witch-elm), chłopcy stwierdzili że na tym rosochatym, drzewiastym olbrzymie muszą się na pewno znajdować jakieś gniazda.



Nie tracąc czasu Bob Farmer wspiął się na oczar i zajrzał do wnętrza wypróchniałego pnia. Spomiędzy gałęzi łypnęła nań zbielała czaszka. Bobby, myśląc że ma do czynienia ze szczątkami jakiegoś zwierzęcia, sięgnął po nią... by uświadomić sobie że ten okrągły przedmiot z kilkoma pasmami przegniłego mięsa trzymającymi się jeszcze kości i resztkami włosów, jest czaszką człowieka. Przerażony, odłożył koszmarne znalezisko pomiędzy gałęzie oczaru, po czym chłopcy uciekli z lasu co tchu.

Obiecali sobie że nikomu nie powiedzą o tym co odkryli, wszakże znajdowali się w Hagley Wood nielegalnie, jednak najmłodszy z nich, Tommy Willetts doszedł do wniosku ze tak mroczny sekret to stanowczo zbyt wielki ciężar dla jego sumienia i opowiedział o wszystkim ojcu. Ten natychmiast zadzwonił na policję i następnego dnia stróże prawa wydobyli ze starego krzewu prawie kompletny szkielet ludzki wraz z fragmentami przegniłego odzienia. Spośród splątanych gałęzi wyciągnięto również parę butów na gumowej podeszwie, zaś przeszukanie ściółki u stóp oczaru ujawniło odciętą ludzką dłoń, płytko zagrzebaną w ziemi, a należącą do znlalezionego wcześniej szkieletu.

Szczątki wydobyte z krzewu zostały zawiezione do Birmingham i w tamtejszym West Midlands Forensic Science Laboratory  poddano je szczegółowym badaniom.  Ustalono że  szkielet należał do kobiety w wieku około trzydziestu pięciu lat, która urodziła co najmniej jedno dziecko.  Za życia miała ona jakieś  sto pięćdziesiąt dwa centymetry wzrostu i mysiobrązowe włosy. Zęby w dolnej szczęce nieboszczki były w charakterystyczny sposób wykrzywione,  przy czym jeden z zębów tejże szczęki został fachowo usunięty mniej więcej na rok przed śmiercią nieszczęśnicy.  Wśród przedmiotów znalezionych przy zwłokach była też tania złota obrączka ślubna. Kobieta  została zamordowana  co najmniej osiemnaście miesięcy przed znalezieniem szkieletu,  przy czym szczątki nie nosiły śladu zmian chorobowych  ani śladów przemocy.  Usta nieboszczki były zatkane  kłębkiem jedwabnej tkaniny.  Koroner orzekł że śmierć nastąpiła skutkiem uduszenia.

Wydawało się  że  zrekonstruowana odzież denatki, jak również jej charakterystyczne zęby pozwolą zidentyfikować nieszczęsną stosunkowo łatwo.  Nic z tych rzeczy. Mimo żmudnego przekopywania rejestrów dentystycznych, mimo opublikowania opisu charakterystycznej dolnej szczęki wraz z rysopisem jej właścicielki w czasopismach stomatologicznych, kobieta znaleziona w oczarze pozostawała niezidentyfikowana.  Nie pasowała również do rysopisu żadnej z zaginionych mieszkanek okolic Hagley. 

Wreszcie przed znękaną kompletnym brakiem postępów w śledztwie policją zaświtał promyk nadziei. Oto zgłosił się obywatel, który zeznał że w lipcu 1941 roku, gdy wracał  z pracy do domu, do Hagley Green, dobiegły jego uszu przenikliwe krzyki kobiece, których źródło znajdowało się najwyraźniej w Hagley Wood. Wraz ze spotkanym chwilę później nauczycielem, który również słyszał owe wrzaski, zdecydował że trzeba zadzwonić na policję, co też zostało uczynione. Stróże prawa przeszukali pobieżnie las, nie stwierdzili nic niepokojącego i odjechali. Jednak i ten wątek zaprowadził detektywów donikąd.

Tymczasem na ścianach pustych budynków w okolicy zaczęły pojawiać się dziwne napisy.  "Who put Luebella down the wych-elm?" głosił pierwszy z nich, rządek schludnych drukowanych liter, wypisanych kredą na murze. Kolejny, znaleziony w Birmingham, brzmiał "Hagley Wood Bella". Były i inne wariacje, jednak z biegiem czasu najpopularniejsza okazała się jedna: "Who put Bella in the wych-elm?".  Napisy te, przynajmniej początkowo, były dziełem jednej osoby, prawdopodobnie działającej nocą.  Policja, podejrzewając że tajemniczy "graficiarz" mógł wiedziec coś więcej o zabójstwie w Hagley Wood próbowała zlokalizować autroa napisów, jednak na próżno. Jedynym skutkiem było to, że bezimienna dotąd denatka zyskała przydomek Bella.

Pojawiło się wiele teorii dotyczących śmierci Belli. Jedna z nich głosiła że Bella była czarownicą i została zamordowana bądź to przez koleżanki z konwentu, za jakieś przewinienia, bądź przez rozsierdzonego rzuconym nań urokiem osobnika.  Dłoń zaś odcięto jej celem sporządzenia tzw. Ręki Chwały, przy czym autor tej śmiałej teorii przeoczył najwyraźniej fakt, że aby z dłoni nieboszczyka ową Rękę Chwały uczynić, należało odciętą denatowi kończynę ze sobą zabrać, zamiast zakopywać ją w ziemi.

Nie wszyscy mogą wiedzieć, więc wyjaśnię że Ręka Chwały to potężny amulet, sporządzony z ręki nieboszczyka, najlepiej wisielca, a jeszcze lepiej gdyby delikwent był mordercą. Wysuszoną dłoń, najlepiej lewą, a jeśli "dawca" był zabójcą, tę która popełniła ów straszny czyn,  przerabiano na coś w rodzaju makabrycznego świecznika, w który wtykano świecę sporządzoną z udziałem rozmaitych magicznych ingrediencji. Gdy świeca była zapalona wszyscy którzy ją ujrzeli nieruchomieli i nie mogli sie poruszyć, wszyscy, rzecz jasna, z wyjątkiem właściciela Ręki. Ręka Chwały miała też posiadać moc otwierania wszelkich zamków.

Inna z teorii głosiła że Bella była Holenderką która przybyła do Zjednoczonego Królestwa nielegalnie i tam stała się częścią działającej w 1941, w regionie Hagley, niemieckiej siatki szpiegowskiej.  Dowiedziawszy się zbyt wiele o swych mocodawcach Bella miała zostać uciszona w sposób radykalny i ostateczny, kończąc swą drogę życiową w pniu oczaru. Jej prawdziwe nazwisko miało brzmieć Clarabella Dronkers. Mimo iż teoria była weryfikowana przez policję oraz przez wywiad Jej Królewskiej Mości, nie udało się potwierdzić jej prawdziwości.

Sugerowano również że Bella mogła zajść w ciążę z jakimś żołnierzem, a ten pozbył się kłopotu, pozbawiając ją życia. Jeszcze inna teoria, dość prawdopodobna, mówiła iż Bella była mieszkanką Birmingham, która wraz z innymi szukała w Hagley Wood schronienia przed bombardowaniami i miała pecha natknąć się na, również szukającego schronienia, mordercę, który, być może próbując dokonać gwałtu, udusił ją, a ciało ukrył w starym oczarze.

Tak czy inaczej zagadka morderstwa w Hagley Wood pozostała nierozwiązana.

Who put Bella in the wych elm?

 
15:22, bupu , Mordercze klasyki
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 lutego 2008
Mord na Buck's Row
Przeraźliwie wczesnym rankiem 31 sierpnia 1888 roku Londyn był miejscem zdecydowanie chłodnym i mrocznym. Buck's Row zaś była jedną w wielu wąskich, brukowanych i źle oświetlonych uliczek East Endu, nie należy się zatem dziwić że zmierzający nią do pracy Charles Cross w pierwszej chwili nie rozpoznał ciemnego kształtu zalegającego pod bramą stajni po przeciwległej stronie. Dopiero gdy znalazł się na środku jezdni, w pół drogi do stajennych wrót, uświadomił sobie że tym czymś jest leżąca kobieta. Była 3.40 rano.

Pewnie Cross jeszcze długo by stał medytując nad tym co zrobić, gdyby z ciemności nie wyłonił się inny zmierzający do pracy przechodzień, Robert Paul. Charles bez namysłu podszedł doń i klepnął go w ramię.

-Proszę przyjść i spojrzeć, tam na chodniku leży kobieta!

Obaj mężczyźni nachylili się nad leżącą. Cross, pomacał jej dłonie i doszedł do wniosku że kobieta nie żyje. Paul jednak miał wrażenie że dotknąwszy jej piersi wyczuł słabiutki oddech. Po krótkiej naradzie panowie, opuściwszy nieprzystojnie zadarte spódnice domniemanej nieboszczki, oddalili się spiesznie, nie chcąc spóźnić się do pracy i obiecując sobie powiadomić o znalezisku pierwszego napotkanego policjanta. Tym policjantem okazał sie konstabl Mizen, jednak nie on był pierwszym przedstawicielem służb mundurowych który zobaczył ciało.

W tak zwanym międzyczasie bowiem na Buck's Row wkroczył konstabl John Neil, któremu przypadła trasa patrolowa wiodąca właśnie tą ulicą. Neil ujrzał u wrót stajni ciało, którego stanowczo tam nie było gdy patrolował to miejsce pół godziny wcześniej, przystąpił zatem do oględzin. Jako iż przyświecał sobie służbową latarnią ujrzał znacznie więcej niż Cross i Paul. Kobieta leżała na plecach, niewidzącymi oczyma spoglądając w mroczne niebo. Z jej poderżniętego gardła sączyła się krew.

Dalej wydarzenia potoczyły się szybko. Neil przywołał policjanta patrolujacego sąsiednią ulicę, niejakiego Johna Thaina i posłał po doktora Llewelyna. Chwilę później nadbiegł konstabl Mizen, którego z kolei Neil wyekspediował po karetkę i wsparcie z posterunku policji na Bethnal Green. W oczekiwaniu na lekarza i posiłki konstabl Neil przepytał lokatorów sąsiednich budynków, to jest Waltera Purkissa z żoną oraz niejaką panią Green, ale nikt niczego nie widział i nie słyszał.

Przybyły na miejsce zbrodni doktor Rees Ralph Llewelyn oznajmił że denatka jest bez wątpienia denatka i zaordynował natychmiastowe przeniesienie do kostnicy. Nad głowami śledczych zaczęli tłoczyć się gapie. Gdy na Buck's Row zawitał inspektor John Spratling karetka ze zwłokami odjechała do kostnicy, ziewający dr Llewelyn do domu, a krew z chodnika została zmyta przez jednego z synów pani Green. Inspektor obejrzał niedomyty bruk, zlustrował ślady krwi w szczelinach między kamieniami, po czym udał się do kostnicy, obejrzeć nieboszczkę.

Kostnica na Old Montague Street okazała się zamknięta, denatka zaś wciąż leżała w karetce, stojącej na dziedzińcu. Inspektor poslał po dozorcę, po czym jął oglądać i opisywać wygląd zewnętrzny zmarłej nieszczęśnicy. Wreszcie pojawił się Robert Mann, dozorca kostnicy wraz z kluczami, nieboszczkę przeniesiono do środka, gdzie inspektor dokończył opisu zwłok, po czym, nie spodziewając się zapewne tego co odkryje, zajrzał pod liczne spódnice ofiary. To, co ujrzał, sprawiło że doktor Llewelyn został po raz drugi tej nocy wyrwany z łóżka.

Brzuch kobiety został rozcięty od mostka po łono, z rany zaś wystawały wnętrzności. Z dalszego badania przeprowadzonego przez doktora Llewelyna wynikło że kobietę zamordowano przecinając jej gardło od strony lewej ku prawej. Dokonano dwóch cięć. Pierwsze rozpoczynało się tuż pod lewym uchem i biegło jakieś dwa i pół centymetra poniżej dolnej szczęki, drugie znajdowało sie poniżej pierwszego, ale będąc znacznie głębszym, przechodziło przez obie tętnice szyjne i wszystkie tkanki aż po kręgosłup.

Na prawym policzku ofiary znajdował się owalny siniec, zdaniem doktora spowodowany przez nacisk kciuka mordercy, na lewym zaś widniało zasinienie które mogło być odciskiem pozostałych palców sprawcy. Na brzuchu, poza otwierającą go raną, znajdowało się kilka pomniejszych nacięć. Rany zadano nżem o mocnym ostrzu, średnio wyostrzonym. Morderca, według doktora Llewelyna, był człowiekiem leworęcznym, posiadającym podstawową wiedzę z zakresu anatomii, a dokonanie zabójstwa mogło mu zająć w najlepszym razie jakieś cztery do pięciu minut.

Co się tyczy samej ofiary, ciemnowłosej kobiety w średnim wieku, początkowo wydawało się że jej identyfikacja to beznadziejna sprawa, jako iż skromny dobytek znaleziony przy zwłokach nie dawał żadnych wskazówek co do toożsamości włascicielki. Tymczasem w przeciągu dwudziestu czterech godzin bezimienna dotąd nieboszczka z Buck's Row odzyskała swoje nazwisko. Była to Mary Ann Nichols, na ulicach znana rownież jako Polly.

Urodzona w 1845 roku córka ślusarza Edwarda Walkera i jego żony Caroline, w 1864 roku poślubiła niejakiego Williama Nicholsa, kóremu urodziła piątkę dzieci. Małżeństwo Nicholsów rozpadło się jednak ostatecznie w 1880, gdy najmłodsze z ich dzieci liczyło sobie lat dwa. Polly wyprowadziła się z domu, zostawiając swą progeniturę mężowi na pamiątkę, i stała się lokatorką przytułków i noclegowni dla najuboższych. Przez jakiś czas mieszkała ze swoim ojcem, jednak nadmierne zamiłowanie Mary Ann do napojów wyskokowych stało się zarzewiem licznych konfliktów i ostatecznie zakończyło się wyprowadzką Polly spod rodzicielskiego dachu.

Po dość krótkotrwałym związku z kowalem nazwiskiem Dew Mary Ann znów wróciła do żywota koczowniczki, tułającej się od przytułku do noclegowni, by wreszcie na kilka miesięcy przed smiercią podjąć ostatnią desperacką próbę posklejania tego co jeszcze zostało z jej życia. Późną wiosna 1888 roku Polly zatrudniła się jako służąca u państwa Cowdry w Ingleside, jednakże dwa miesiące później porzuciła pracę oraz dom chlebodawców, zaopatrzywszy się na pożegnanie w pewną ilość należącej do nich garderoby.

Mary Ann zamieszkała w pokoiku na Thrawl Street 18 w Whitechapel, który to pokoik dzieliła z niejaką Ellen Holland. To właśnie Ellen była ostatnią osobą która widziała Polly żywą. 31 sierpnia 1888 roku, około 2.30 pani Holland napotkała pijaniuteńką Mary Ann na rogu Osborn Street i Whitechapel Road. Polly, której nieco wcześniej wymówiono ów pokoik przy Thrawl Street ponieważ zalegała z opłatami, była zdecydowana jeszcze tej nocy zebrać pieniądze na czynsz, odrzuciła zatem sugestię Ellen by iść do domu. Nieco ponad godzinę później znaleziono ją martwą.


16:28, bupu , Kuba Rozpruwacz
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 października 2007
Śmierć Lorda Darnleya
Henry Stuart, książę Albany, na ogół znany jako lord Darnley był drugim z kolei małżonkiem Marii Stuart, królowej Szkotów, roszczącej sobie również pretensje do tronu angielskiego. Małżeństwo z Darnleyem, który podobnie jak Maria był prawnukiem Małgorzaty Tudor, starszej siostry Henryka VIII, mogło wzmocnić siłę owych roszczeń, zwłaszcza gdy w grę wchodziło potomstwo Henryka i Marii. Głównym powodem małżeństwa jednak było najprowdopodobniej głębokie zadurzenie dwudziestodwuletniej królowej w tym ślicznym, dziewiętnastoletnim naonczas chłopaczku.

Niestety, Henryk oprócz tego że był śliczny był również głupi, arogancki, uparty jak osioł, subtelny jak buldożer, absolutnie wyprany z jakiegokolwiek wyczucia politycznego a przy tym tchórzliwy, które to cechy wracały potem czkawką w kolejnych generacjach Stuartów, objawiając się dość jaskrawo na przykład w charakterze księcia Karola Edwarda, bardziej znanego jako Bonnie Prince Charlie. Ale wracajmy do Darnleya. Nie był to miły facet, o czym Maria miała się potem boleśnie przekonać, ale ponieważ miłość jest ślepa także gdy spadnie na monarchinię, królowa czym prędzej popędziła z Henrykiem do ołtarza i 29 lipca 1565 roku ogłoszono ich mężem i żoną.

Na jesieni Maria była już w ciąży, nosząc w swym łonie przyszłego króla Szkocji i Anglii, co więcej jednak, zdążyła się już rozczarować swoim małżonkiem, Henryk bowiem w tak zwanym międzyczasie zaprezentował swój charakter w pełnej krasie. Ulubionymi rozrywkami Darnleya były polowania, popijawy, oraz chędożenie wszystkiego co na drzewo uciec nie zdążyło, a było płci żeńskiej. Dodatkowo wydawało mu się że jako mąż królowej powinien być pełnowymiarowym monarchą z wszelkimi prerogatywami i nie potrafił przyjąć do wiadomości że królem jest wyłącznie tytularnie. Zdarzyło mu się nawet posunąć do fizycznego ataku na własną, ciężarną żonę.

Nic dziwnego że Maria odsunęła się od swojego małżonka, woląc przebywać w gronie własnych dworzan, spośród których najmocniej faworyzowała Davida Rizzio. Ów mlody Włoch, powierzchowności podobno paskudnej, jednak obdarzony wspaniałym głosem, karierę na dworze królowej Szkotów rozpoczął od stanowiska dworskiego śpiewaka, by potem stać się sekretarzem i przyjacielem Marii. Im więcej czasu królowa spędzała ze swym sekretarzem tym bardziej zazdrosny stawał się Darnley, a protestanccy lordowie, niechętnie patrzący na nagły wzrost wpływów katolickiego przybłędy rodem z drugiego końca Europy, tę zazdrość podsycali. Tak między nami, Henryk mógł spać spokojnie bo Rizzio podobno preferował panów.

Wreszcie napięcie sięgnęło zenitu, a sytuacja uległa rozwiązaniu w nagłym wybuchu przemocy. Dziewiątego marca 1566 roku Maria spożywała wieczerzę w towarzystwie swojego sekretarza, w komnacie jadalnej zamku Holyrood. Nie dane im było jednak dokończyć posiłku w spokoju, bo do wnętrza rzeczonej komnaty wtargnęła grupa zbrojnych spiskowców, z Darnleyem na czele, i zażądała wydania Włocha. Królowa odmówiła, na co spiskowcy wywlekli Rizzia z komnaty siłą, grożąc kobiecie w siódmym miesiącu ciąży wymierzonym w jej pierś pistoletem. Nieszczęsnego Włocha zawleczono do przyległego pokoju, gdzie zadano mu pięćdziesiąt siedem ciosów nożem, zrzucono ze schodów, po czym obdarto sponiewierane szczątki z szat i klejnotów. Przenraźliwe wrzaski królowej i mordowanego nieszczęśnika zaalarmowały lud Edynburga. Kilkuset ludzi uzbrojonych w to, co im w ręce wpadło, zgromadziło się pod oknami zamknu. Wtedy Maria, z lufą pistoletu wbitą w plecy, a więc niezbyt dobrowolnie, ukazala się w oknie, zapewniła że nic sie nie stało i kazała poddanym się rozejść.

Jasnym jest że po tym Maria znienawidziła Darnleya absolutnie i raz na zawsze i nie pomogło Henrykowi nawet to że , zdjęty strachem błagał swą żonę o przebaczenie i że pomógł jej w ucieczce z rąk spiskowców na zamek Dunbar. Rebelia zostala zgnieciona, między innymi dzięki pomocy Bothwella, o którym jeszcze tu wspomnimy, syn Marii, Jakub, szczęśliwie pzyszedł na świat i zostal ochrzszczony, po czym stosunki kmiędzy królewskimi małżonkami zrobiły się lodowate niczym styczniowa noc w Wierchojańsku. Maria rezydowała w Edynburgu, na zamku Holyrood, Darnley odsunięty od łoża, stołu i czego się tylko dało, oraz pozbawiony tytułu króla, okopał się w Glasgow.

Jednak gdy z początkiem 1567 roku Darnleya złożyła choroba, oficjalnie ospa a faktycznie najprawdopodobniej syfilis w dość zaawansowanym stadium, królowa nieoczekiwanie wyciągnęła gałązkę oliwną. Nie tylko odwiedziła go w jego kwaterze w Glasgow, ale nawet gorąco zachęcała aby wrócił do Edynburga. I Darnley uległ. Pierwszego lutego przywieziono go do stolicy Szkocji, lecz zakwaterowano nie na zamku, ale w domu należącym do królowej a zwanym Kirk o'Field. Domostwo owo leżało mniej niż milę od Holyrood, tak że Maria mogła odwiedzać męża kiedy tylko chciała.

W niedzielę, dziewiątego lutego, Maria, spędziwszy dzień w towarzystwie małżonka, planowała zanocować w Kirk o'Field, gdzie miała własny pokój. Przypomniała sobie jednak o weselu jednej z dwórek, które to wesele odbywało się w Holyrood, a na którym królowa miała się pojawić. Pożegnała więc Darnleya i korowód z pochodniami podążył na zamek. Po weselu Maria nie wróciła jednak do Kirk o'Field.

O drugiej w nocy Edynburgiem wstrząsnął potężny huk. Wysłani przez Marię ludzie zamiast Kirk o'field zastali smętną kupę gruzu, w ogrodzie zaś leżały dwa ciała, obleczone jedynie w koszule. Byli to lord Darnley i jeden z jego slużących. Jak się okazało piwnicę domu wypełniono prochem po czym podpalono, jednak Darnley i jego sługa nie zginęli w eksplozji, zostali bowiem uduszeni. Kilka dni później "tajemnicza ręka" rozrzuciła po Edynburgu ulotki, które w niedwuznaczny sposób sugerowały że za zabójstwem stali Maria Stuart i James Hepburn, czwarty earl Bothwell, doradca i kochanek królowej.

Sami zaintersowani dolali potem oliwy do ognia własnym postępowaniem, bo choć Bothwell został oczyszczony po dość groteskowym procesie w kwietniu 1567, to potem nastąpiła rzecz zagadkowa. Otóż dwudziestego czwartego kwietnia tego samego roku Bothwell z oddziałem ośmiuset ludzi uprowadził podróżującą z Linlithgow do Edynburga królową, zawiózł do swojego zamku w Dunbar, po czym zgwałcił. Tak przynajmniej głosiła wersja oficjalna. Potem, aby ratować nadszarpnięta cześć królowej małżeństwo Bothwella zostało pospiesznie unieważnione, Maria nadała Hepburnowi tytuł księcia Orkadów, po czym poslubiła go piętnastego maja 1567 roku.

Łatwo zgadnąć że zamiast uratować cześć królowej to posunięcie zniszczyło ją do reszty, dajac wiarołomnym lordom idealny pretekst do wszczęcia rebelii, co zaowocowało wymuszoną abdykacją Marii na rzecz jej rocznego syna Jakuba.

Przyjrzyjmy się teraz samej zbrodni na Darnleyu. Jest ona, moim zdaniem bardzo ostentacyjna, to znaczy dokonana tak, żeby nawet najtępszy mieszkaniec Szkocji rozumiał że była to umyślna zbrodnia, a nie, na przykład, nieszczęśliwy wypadek. Kiedy Amy Robsart, żonę Roberta Dudleya-faworyta królowej Elżbiety I, znaleziono martwą (ze złamanym karkiem) u podstawy schodów, trudno było orzec czy nieszczęsna spadła sama, czy też małżonek jej dyskretnie pomógł,mając nadzieję na poślubienie królowej Anglii. Niemożliwym jest jednak żeby proch przypadkiem znalazł się w piwnicach Kirk o'Field, ktoś go calkiem niechcący podpalił, po czym równie niechcący udusił uciekającego Darnleya.

Nie podejrzewam Bothwella o niedorozwój umysłowy i mniemam że znając stan zdrowia Darnleya poczekałby po prostu aż syfilis dokończy dzieła, względnie dyskretnie doprawił czymś lekarstwa, powinno mu bowiem raczej zależeć żeby śmierć króla była jak najmniej podejrzana. Zważyć należy zresztą, iż Maria i Bothwell nie obnosili się z romansem, nawet słynna dramatyczna wyprawa królowej konno poprzez łąki i bezdroża, do łoża ranionego Bothwella była w rzeczywistości wizytą dobrze wykalkulowaną. Gdy ranny Bothwell został przewieziony do Hermitage Castle Maria znajdowała się w odległym o trzydzieści mil Jedburghu, musiała więc wiedziec co się dzieje. Jednakże odwiedziła Bothwella dopiero kilka dni później,oczywiście mając pretekst w postaci omówienia spraw pogranicza.

Moje podejrzenia w tej sprawie kierują się raczej w stronę Jakuba Stewarta, earla Moray, nieślubnego syna Jakuba V i przyrodniego brata królowej Marii. Moray przywódca szkockich protestantów i zacięty zwolennik reformacji, z racji pochodzenia z nieprawego łoża, na koronę szkocką nie mial szans, jednak wpływy mial duże, ambicje również. Gdy w 1561 Maria przybyła do Szkocji i rozpoczęła samodzielne rządy, Moray stał się jej prawą ręką i głównym doradcą. Sprzeciwił się jednak małżeństwu Marii z Darnleyem a gdy doszło ono do skutku wszczął rebelię, po której stłumieniu salwował się ucieczką do Anglii. Stamtąd wspomagał spisek przeciwko Davidowi Rizzio, uwieńczony, jak pamiętamy, brutalnym mordem. Maria jednak nie miała pojęcia o udziale Moraya w tej zbrodni, przeto gdy w tym samym 1566 roku Jakub powrócił do Szkocji został ułaskawiony i obdarzony tytułem earla Moray. Tuż przed zamachem na Darnleya Moray udał się do Francji i wrócił akurat w odpowiednim momencie żeby zostać regentem Szkocji sprawującym władzę w imieniu niemowlęcia-Jakuba VI. Bardzo wygodne.

A teraz, drodzxy czytelnicy, wyobraźcie sobie następujący scenariusz: Gdzieś tam, w którymś momencie rozczarowana swoim pustogłowym małżonkiem Maria Stuart dryfuje w objęcia niezbyt może pięknego, ale niezaprzeczalnie silnego, męskiego i oddanego jej Bothwella (który, notabene, był protestantem zresztą). Związek wydaje owoce i z początkiem 1567 roku Maria odkrywa że jest w ciąży. A tymczasem cała Szkocja doskonale widziała że królowa i Darnley nie żyją ze sobą od kilku miesięcy, ba! nawet nie w pobliżu siebie. A zatem, cała Szkocja powinna jak najszybciej zobaczyć małżonków razem, zanim się wyda że królowa nosi w sym łonie bękarta. Nadarza się okazaja, Darnley choruje, Maria zatem może pochylić się nad nim z troską i sprowadzić do Edynburga.

Nie wiedzą jednak kochankowie że całą tę sytuację obserwuje kto inny, ktoś, dla kogo królowa jest tylko irytującą przeszkodą na drodze do władzy i do zapewnienia zwycięstwa Reformacji. Moray. Nie wątpię że jako wytrawny polityk swoje oczy i uszy miał wszędzie, a już w Holyrood informatorzy Moraya tkwili pewnie za każdym rogiem. Widząc co się dzieje Moray postanawia zgładzić Darnleya, z którym zresztą miał na pieńku za to że Henryk przeszedł na stronę królowej po zamachu na Rizzia, a jednoczesnie utytłać królową i jej groźnego kochanka Bothwella w błocie po uszy. Kirk o'Field wylatuje w powietrze, Darnley zostaje zabity, ulotki sugerują sprawstwo królowej i Bothwella, atmosfera się zagęszcza.

Tymczasem kochankowie wpadaja w desperację bo Henryka, jako nieboszczyka w ojcostwo wrobić już się nie da, a nieslubne dziecię królowej to bylaby klęska i woda na młyn Moraya. Zatem pospiesznie, bo czas upływa, brzuch rośnie, a ludzie umieją liczyć do dziewięciu, aranżuje się fałszywe porwanie i gwałt na królowej, co wymaga poślubienia rzekomego gwałciciela-Bothwella celem oczyszczenia opinii monarchini. A Moray zaciera ręce i chichocze radośnie, bo postępowanie Marii i Bothwella dolewa przecież oliwy do huczącego ognia plotek i królowa wygląda na ladacznicę, która wlecze do ołtarza mordercę własnego męża, który to mąż jeszcze dobrze w grobie nie ostygł. O to własnie chodziło, można zacząć gromko nawoływać do usunięcia królowej z tronu...



17:26, bupu , Mordercze klasyki
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 maja 2007
Kolejny pretendent do miana Rozpruwacza
Objawił się oto ostatnio kolejny odkrywca tożsamości Kuby Rozpruwacza, progfesor Charles van Onselen, i wśród fanfar obwieścił że Rozpruwacz zwał się Józef Lis. Niestety, po bliższym przyjrzeniu się, wychodzi na jaw że owszem, podejrzany, jako brutal i psychopata, mógłby być mordercą z Whitechapel, ale autor hipotezy o Lisie-Rozpruwaczu ma najwyraźniej niedokładne dane. Cytuję wypowiedzi profesora van Onselena z wywiadu z "Wyborczej"(http://miasta.gazeta.pl/kielce/1,35255 ,4096411.html):

"Ale w dwóch przypadkach zrobił coś jeszcze - obciął nos i uszy ofiarom, a z rąk zdjął mało wartościowe pierścionki."

Tu się zgadza tylko jedno, mianowicie to że Rozpruwacz prawie obciął nos Kate Eddowes a kompletnie Mary Jane Kelly. Żadna z ofiar *nie miała* obciętych uszu, jedynie ich fragmenty. Protokoły z oględzin zwłok niektórych ofiar się zachowały, ale doktor widzę ich nie czytał, kontentując się jeno zapiskami prasowymi, wysoce nierzetelnymi. Pierścionki z rąk skradziono zaś tylko jednej ofierze, mianowicie Annie Chapman, która jednak nos zachowała na właściwym dla niego miejscu. W związku z tym błyskotliwa teoria profesora na temat motywów Rozpruwacza:

"A w Starym Testamencie w Księdze Ezechiela jest fragment poświęcony kobiecie lekkich obyczajów, której za niemoralne prowadzenie się obcięto nos i uszy oraz zdjęto z palców pierścienie. Według mnie nie ma wątpliwości, że Rozpruwacz znał ten zapis. "

...właśnie okazała sie niewarta jednego funta kłaków. Notabene profesor raczył też przeinaczyć zawartość księgi Ezechiela, tak żeby pasowała do jego teorii. Tu jest fragment traktujący o karaniu ladacznicy: http://www.nonpossumus.pl/ps/Ez/16.php
...ale, surprise surprise, nie ma tam nic o obcinaniu nosa i uszu.

Jadziem dalej.

"Okazało się, że John Silver zamieszany był w spisek, którego skutkiem miało być wsypanie do pochwy jednej ze zbuntowanych prostytutek siarczanu miedzi. Tymczasem jedna z ofiar Kuby Rozpruwacza, która przeżyła zamach, zmarła w tajemniczych okolicznościach kilkadziesiąt godzin po ataku. Policja potwierdziła, że w wyniku zatrucia i zakażenia od jakiejś chemicznej substancji podanej jej właśnie w taki sposób."

Tu już profesor naciągnął fakty jak oślą skórę na wielkim bębnie. Osoba o której mowa to prawdopodobnie Annie Milwood, którą nieznany mężczyzna, być może Rozpruwacz zaatakował z użyciem scyzoryka, zadając kilka ciosów w podbrzusze i uda. Działo się to 25 lutego 1888 roku. Annie wyzdrowiała, lecz 31 marca (czyli ponad miesiąc po owej napaści, nie kilkadziesiąt godzin) zasłabła, upadła i zmarła. Przyczyną śmierci był tętniak tętnicy płucnej. Innego przypadku "tajemniczego" zgonu potencjalnej ofiary Rozpruwacza nie ma. Chyba że szanowny profesor miał na myśli Emmę Elisabeth Smith,zaatakowaną 2 kwietnia 1888 roku przez, jak zeznała, grupę mężczyzn, którzy wbili jej do pochwy jakiś tępy przedmiot, przebijając również otrzewną. Jednak zgon Emmy był spowodowany li i jedynie odniesionymi obrażeniami, nie zaś tajemniczym proszkiem.

Może i Lis Rozpruwaczem był, ale dysponując takimi danymi profesor tego raczej nie udowodni.
21:47, bupu , Kuba Rozpruwacz
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
następne
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog